JAKA JEST?
|
POCZĄTKI Odebrałam ją od hodowcy na dworcu kolejowym w Krakowie. Przyjechała nocnym pociągiem ze Świnoujścia, oczekiwana, wytęskniona, wymarzona, nowa współmieszkanka dla mnie i kota Batmana. Sprowadziłam ją głównie ze względu na Batmanka, który zbyt często się ze mną (i mnie) nudził. Któregoś popołudnia, gdy po raz „nasty” tego dnia, usłyszawszy zrozpaczone miau....., na kolanach, specjalnym drutem, wyciągałam zagubione myszki i kulki spod komody (Batman ma specjalny dar do wpychania ich tam z powrotem parę minut po ich wyciągnięciu), nagle wewnętrznie dojrzałam do nabycia drugiego kota. Pomyślałam, że osobnik tego samego gatunku i o podobnych zainteresowaniach odciągnie jego uwagę od wpychania tych myszek pod meble, a mnie uwolni od przymusu ich ciągłego, na kolanach, wyciągania. Batman ma jeszcze inny uciążliwy zwyczaj - gdy chce się „pokiziać i „pomyziać” to nie wskakuje np. na kolana, tylko z uporem maniaka stoi i miauczy mi pod nogami, coraz głośniej, dopóki nie „zejdę do parteru” żeby mógł się wygodnie po mnie poocierać. Wykoncypowałam więc, że osobnik podobnych rozmiarów i w naturalny sposób przebywający w okolicach podłogi, powinien mnie w tej roli zastąpić. Poza w/w trudnymi zwyczajami oraz plątaniem się pod nogami gdy się najbardziej śpieszę, Batman jest stosunkowo grzecznym współlokatorem, a ponadto dużym, puszystym i słodkim pieszczochem. Więcej o nim pod przyciskiem "Życie z kotami" Mieszkaliśmy już razem przez parę miesięcy gdy owego marcowego, chłodnego dnia (2002 r.) pojawiła się „Ona”.................Ale wróćmy do sytuacji na Dworcu. Coś tam piszczało żałośnie w plastikowej przeniosce hodowcy. Gdy ją przenosiłam do mojej przenioski zdziwiłam się bezmiernie, że kot może być tak mały. Przyzwyczajona do gabarytów Batmana nie mogłam uwierzyć, że ta "pchła", mieszcząca się w dłoni, to prawdziwy kot. "Czy ona zawsze była taka mała"? zapytałam podejrzliwie i głupawo. Faktycznie, odpowiedział hodowca niefrasobliwie, jest dosyć drobna. Tymczasem czarna malizna trzęsła się z zimna, popiskiwała i wyglądała jak półtorej nieszczęścia. Włożyłam do przenioski moją apaszkę, w którą się natychmiast zakopała i pojechałyśmy do domu. Po drodze nie mogłam się jej przyjrzeć, bo się cała poobwijała w darowaną chustkę i trzęsła się dalej pod nią. Była taka krucha, że bałam się jej dotknąć.
Odetchnęłam z ulgą po dotarciu do domu. Otworzyłam przenioskę i - nauczona doświadczeniem z Batmankiem - pomyślałam, że pewnie potrwa parę godzin zanim z niej wyjdzie. O jakże się myliłam. Po paru minutach wyjrzała, wyszła i zaczęła w błyskawicznym tempie zwiedzać całe mieszkanie. Przeleciała pokój, zabawiła minutę w łazience i wparowała do kuchni. Batman był przerażony; schował się za zasłonę i z bezgranicznym zdumieniem obserwował to, latające po jego rejonie, "coś". Szybko nabrała otuchy i pewności siebie. Zjadła, wypiła, polatała jeszcze trochę i poszła spać - nie w ciemny kąt, ale prosto na kanapę. Ja także, zmęczona wrażeniami, położyłam się na chwilę, a malizna za chwilę przyszła do mnie do łóżka, przytuliła mi się do serca i zasnęłyśmy obie w całkowitej zgodzie i harmonii. Bati przeżywał.... Przez pierwsze dwa i pół dnia po jej przybyciu w ogóle nie jadł, nie pił i "nie bywał w kuwecie" - już poważnie się zastanawiałam czy nie zataszczyć go do weterynarza na przymusowe oddanie moczu - bałam się, że się zatruje. Prawie cały czas siedział za zasłoną i obsesyjnie ją obserwował, a gdy, rozbawiona, przypadkiem potoczyła się w jego stronę, strasznie się denerwował - warczał, syczał, fuczał i wycofywał się. Tymczasem ona czuła się zupełnie swobodnie. Z szybkością małego czarnego pocisku przemieszczała się po mieszkaniu. Wszędzie jej było pełno. Wszystko ją interesowało, wszystkim się bawiła. Błyskawicznie zawojowała mnie i wszystkich naszych przyjaciół. Nikt już nie patrzył na pięknego, efektownego, rzadkiego kota birmańskiego (Batmana), wszyscy śledzili wzrokiem to kruche stworzonko, które z takim zapałem (i prędkością) podbijało nową życiową przestrzeń.
Konflikt w Batmankowym sercu trwał kilka dni: co i rusz go "brało" żeby nawiązać kontakt, pobawić się razem - zdarzało mu się już pogonić za tym samym papierkiem, ale wciąż jeszcze wycofywał się. W końcu jednak Tajga zdobyła go - ciągłymi objawami serdeczności, sympatii i zachętami do wspólnej zabawy sprawiła, że gdy czwartego dnia pobytu położyła się obok niego na fotelu, nie uciekł i nie syczał - zaakceptował ją. To była ich pierwsza wspólna popołudniowa drzemka a ja z radością i ulgą uwieczniłam ją na kilku fotografiach.
Jeszcze dobrych kilka tygodni po jej przybyciu Batman co chwilę chodził do kuchni i nerwowo podjadał suchą karmę. Przed przybyciem Tajgi do nas, gdy martwiłam się jak Bati ją przyjmie i czy się polubią, hodowczyni - Pani Alicja powiedziała mi, że Tajga jako jedyna z całego rodzeństwa, podbiła serce swojego ojca, który generalnie mało się młodymi kociakami interesował. Tak często się do niego zbliżała, nawiązywała kontakt, zaczepiała i lizała go, że w końcu ją uznał i przestał odtrącać. Z Batmankiem zrobiła to samo. Tyle prawdziwej serdeczności było w tej małej kobietce, że nawet uparty Birman się poddał. A więc takie były początki. Jaka była wtedy? Kokietka i trzpiotka. Najszybsza, najzwinniejsza, najsprytniejsza, najcwańsza. Żądza życia, nowych doświadczeń i dzikich harców płonęła w jej oczach (charakterystyczny wytrzeszcz oczu widoczny na niektórych zdjęciach - objaw najwyższego podniecenia).
Do tego wszystkiego te jej miny...... Będąc dzieciakiem miała niezwykle żywą i bogatą mimikę; wszelkie możliwe stany i emocje błyskawicznie odzwierciedlały się na małym pyszczku i w ruchach ciała. Zdumienie, radość, przestrach, podniecenie, niepewność, pewność, radość, przestrach - i tak co kilka sekund. Istny teatr jednego aktora, jednego klowna....
W jednej chwili to prężyła groźnie grzbiet, stając na paluszkach i stroszyła wszystkie (marne wtedy) kudły - w celu śmiertelnego przestraszenia niewidzialnego wroga, to zrywała się nagle i pędziła na oślep (sprawdzian przyśpieszenia?, nagła idea?), z kuchni do pokoju, z pokoju do kuchni, podskakując wysoko nad wyobrażonymi przeszkodami, to - wczepiona w ogon Batmana, usiłowała się na nim przejechać, to była na szafie, i już z powrotem w łazience, to wyskakiwała wysoko w górę jak odbita piłka. Naprawdę, szkoda było oglądać telewizję.......... Bati zupełnie sobie z nią nie radził we wzajemnych zapasach; gdy już ją gdzieś dopędził i dopadł, to......dawała szybkiego nura w dół i uciekała między jego nogami, zostawiając go w zupełnym oszołomieniu. Biedny kocur - cała jego męska duma poszła w kąt w konfrontacji z tym diablątkiem. Pocieszał się nerwowym podjadaniem. CIĄG DALSZY NASTĄPI... |